piątek, 17 lipca 2026

PODRÓŻE GULLIWERA - Jonathan Swift [opinia]

Wydawnictwo: PIW
Tytuł oryginału: Travels Into Several Remote Nations of The World In Four Parts By Lemuel Gulliver
Tłumaczenie: Anonim z 1784 roku
Liczba stron: 358
Gatunek: Powieść przygodowa, satyra
Moja ocena: 3+/6





„Podróże Gulliwera” to jedna z tych książek, o której słyszał pewnie każdy, a przynajmniej większość z nas. Jedna z najpopularniejszych książek w historii literatury i najpopularniejsza (też chyba najwybitniejsza) z książek Jonathana Swifta, która na wierzchniej warstwie stoi za powieścią przygodową czy przygodowo-fantastyczną nawet, ale jak się w nią wczytać dalej to dostrzec można satyrę wyszydzającą aktualne na tamte czasy stosunki społeczno-polityczne, świat otaczający autora i ogólne cechy natury ludzkiej.

Na wstępie dowiadujemy się, że głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest Lemuel Gulliwer, początkowo lekarz pokładowy, później kapitan, którego poznajemy za sprawą podróży w cztery zakątki świata. W jednym Gulliwer dociera do miejsca, gdzie żyją bardzo niscy (15-centymetrowi) ludzie, wśród których wygląda jak gigant, żeby z kolei trafiając do drugiego zakątka, gdzie sam jest niziutki, a otaczający go świat i ludzie to giganty. Dociera również na latającą wyspę, gdzie pozna matematyków i muzyków, którzy oddają się w pełni nauce i sztuce, ale nie potrafią wykorzystać jej w życiu codziennym. A na końcu trafia do krainy, w której rządzą mądre konie, Houyhnhnmy, a ludzie – tutaj znani jako Yahoosy – to dzicy, nieokiełznani i mało rozumni osobnicy.

Książka zyskała sobie duży rozgłos zarówno wśród dorosłych, jak i młodzieży właśnie za sprawą swej charakterystyki, bo sprawdza się zarówno jako czytana lekka pozycja przygodowa dla młodszych, ale jednocześnie dorośli mogą sięgnąć i doszukiwać się drugiego dna. Ja osobiście oceniam ją dość przeciętnie, bo nie wywarła na mnie większego wrażenia. Na pewno duży w tym udział ma wiek i doświadczenie, bo podobnych książek czytało się już trochę i to bardziej współczesnych, rozwiniętych, ciekawszych, lepszych. Może trochę jestem niesprawiedliwy zestawiając starodawne historie i styl ze współczesnymi, ale z drugiej strony są klasyki, które nie zestarzały się nic a nic i bronią się same wszystkim czym mogą, ot chociażby taki „Dracula” Stokera czy opowiadania Poego. Także no, sorry Panie Swift.

Podsumowując, fajnie że w końcu - w wieku trzydziestu ośmiu lat - przeczytało się, bo na przestrzeni tylu lat styczności z odniesieniami do Guliwera i Swifta była co najmniej kilkanaście i trzeba było to kiedyś przeczytać. Ale nie czuję się z tego powodu bynajmniej lepszy. Przeczytane, odhaczone kolejne z listy „must read”, jedziemy dalej z następnymi, na pewno ciekawszymi pozycjami z listy i spoza niej. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz