wtorek, 19 kwietnia 2016

CIENIE TOŻSAMOŚCI - Brandon Sanderson [recenzja]

Tytuł oryginału: Shadows of Self
Cykl: Ostatnie imperium (tom: 5)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 361
Gatunek: Fantasy, high fantasy
Moja ocena: 5/6








Na jednym z przyjęć, gdzie bawiła się cała śmietanka arystokratyczna i najsławniejsi kryminaliści, doszło do tragedii. Wszyscy zostali bezwzględnie zamordowani, łącznie z organizatorem imprezy, który był bratem gubernatora. Powoduje to wielki chaos i strach wśród społeczności miasta Elendel, bo nie wiadomo, kto był na tyle odważny i mocny, żeby dokonać tak masowego mordu sławnych osobistości. Musiał być to jednak ktoś bardzo zdeterminowany i wszystko od początku świetnie sobie zaplanował. Stróż prawa Waxilium Ladrian, jego przyjaciel i prawa ręka Wayne oraz inteligentna Marasi zajmują się tą sprawą i wszczynają śledztwo. Czeka ich nie lada wyzwanie, bo przeciwnik okazuje się być potężny i długowieczny, a na dodatek perfekcyjnie posługuje się sztuką Hemalurgii. Do tego wszystkiego miesza się jeszcze sam bóg Harmonia, który odkryje przed Waxem pewne tajemnice, które go dotyczą. Tylko czy wyjdzie coś z tego dobrego?

Brandon Sanderson nie przestaje mnie zaskakiwać. Sięgając po jego trylogię ze świata Z mgły zrodzonego, byłem przekonany, że po tym będzie kontynuacja jedynie składająca się z kolejnej trylogii, ale z innymi postaciami. Okazało się jednak, że nie będą to tylko trzy książki, a cztery, i na dodatek w planach ma kolejne dwie trylogie również z tego świata! Mocno obawiałem się kontynuacji po wcześniejszym przeczytaniu pierwszych trzech książek Ostatniego imperium, ale obawy co do czwartej, czyli Stopu prawa, rozwiały się bardzo szybko, bo już po kilkunastu stronach. I bez wahania sięgnąłem po piąty tom tej świetnej serii.

Cienie tożsamości nie wprowadzają wiele powiewu świeżości do tego świata, ale oczywiście coś nowego związanego z trzema sztukami metalicznymi się pojawia i fan poprzednich czterech książek na pewno będzie z tego rozwiązania zadowolony. Ta część pozwala jednak bardziej poznać trójkę głównych bohaterów i ich przeszłości. Książka zaczyna się retrospekcją z życia Waxa do czasu, kiedy żyła jeszcze jego ukochana Lessie. Nie jest to bynajmniej samo wspomnienie, bo w dalszym ciągu Waxilium zmaga się z bolesną stratą i przeżyje szok dowiadując się pewnej istotnej kwestii związanej z pojawieniem się Lessie w jego życiu i jej śmiercią. Znany z poprzedniego tomu wesoły i lekko pokręcony Wayne również miał w swoim życiu pewien nieprzyjemny epizod, którego był inicjatorem. Skrzywdził bardzo pewną dziewczynkę i stara się ze wszystkich sił jakoś jej to w niewielkim stopniu odpłacić. Natomiast błyskotliwa i inteligentna Marasi, która została niespodziewanie asystentką konstabla generała Aradela, musi zmagać się z niechęcią, a nawet nienawiścią ze strony pozostałych zawistnych konstablów. 

Przyjrzenie się bliżej głównym bohaterom i ich przeszłości nie oznacza bynajmniej, że nikogo nowego tutaj nie poznamy. Pojawiają się przede wszystkim dwie bohaterki rasy kandra, których przedstawicieli poznaliśmy w poprzednich tomach. Jedną z nich jest MeLaan. Drugą zaś jej przeciwniczka Paalm. Chętnie napisałbym na ich temat coś więcej, ale zdecydowanie popsułbym zabawę osobom, które ten tom mają dopiero przed sobą, więc się powstrzymam. Wyłania się także sam Harmonia, czyli najważniejsze tajemnicze bóstwo, które wcześniej już było wspominane, ale w zasadzie niewiele było na jego temat napisane. Tutaj dowiemy się znacznie więcej, ale też nie chciałbym zdradzać za wiele, bo to istotne kwestie. Wystarczy, że wspomnę, iż będzie on w pewnym sensie pomagał głównym bohaterom w schwytaniu napastnika i odkryje bolesną prawdę przed Waxem, która dotyczy właśnie Lessie. 

Ciekawym elementem książki jest przedstawienie miasta Elendel i jego mieszkańców, którzy przeżywają rewolucję przemysłową. Pojawia się coraz więcej automobilów, elektrownie działają coraz prężniej wytwarzając prąd, ogólnie technologia idzie do przodu. Niestety odbija się to na biedniejszej części społeczeństwa. Ludzie tracą pracę i nie mają z czego żyć, podczas gdyby arystokracji nie brakuje niczego. Rodzi to niepokoje i rozgoryczenie wśród biedoty, która coraz śmielej prezentuje swoje niezadowolenie względem arystokracji. Miasto coraz bardziej przypomina miasta z Ostatniego imperium, gdzie dominowała biedota, szarość i popiół ciągle sypiący się z nieba. Wydawać by się mogło, że autor chce nam pokazać naszą ludzką naturę, która przejawia ciągle te same zachowania i odtwarza tą samą historię, bo mimo iż zaczyna wszystko od początku to dalej dąży do negatywnych aspektów ludzkiej egzystencji, które miały już miejsce w przeszłości.

Cienie tożsamości udowadniają, że autor zna wykreowany przez siebie świat i bohaterów w najdrobniejszym detalu, bardzo dobrze sobie wszystko przemyślał i zaplanował i sukcesywnie odsłania nowe karty w kolejnych tomach. Nie popada też przy tym w przesadyzm. Nie pojawia się zbyt wiele niepotrzebnych nowych postaci, kwestie związane z metalami również nie trącą nudą, bo wprowadza nowe ciekawe rozwiązania z nimi związane (co mi osobiście się bardzo podoba, bo moim zdaniem magia w tej serii jest rzeczą najoryginalniejszą). To samo się tyczy fabuły, jej zwrotów, rozwinięcia niektórych kwestii, powrotu do przeszłości i odkrycia pewnych tajemnic, pojawienia się nowych. Wszystko tutaj bardzo dobrze i sprawnie funkcjonuje, a nader wszystko przyjemnie i z pełnym zadowoleniem się czyta, co mnie niezwykle cieszy i z niecierpliwością czekam na kolejne tomy. :)

Ostatnie Imperium:
1. Z mgły zrodzony
2. Studnia wstąpienia
3. Bohater wieków
4. Stop prawa
5. Cienie tożsamości

20 komentarzy:

  1. Dobrze wiesz, że to dzięki Tobie i Łukaszowi kupiłem książki Sandersona. Teraz po lekturze Twojej recenzji (świetny tekst!)już przed rozpoczęciem swojej przygody z "Ostatnim Imperium" wiem, że na pierwszych trzech tomach się nie skończy. Z pewnością sięgnę po kolejne, zwłaszcza że zarówno cena jak i wykonanie tych książek jest tego warta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We dwójkę chyba namówią kolejnego... :P

      Usuń
    2. Michał - cieszy mnie to bardzo! I dziękuję za uznanie. :) Jak sięgniesz szybciej po tego Sandersona, niż Brunnera, to wcale źle nie będzie. I jeden, i drugi zaskakuje i powala rozmachem i pomysłami. :)

      amp - i o to w tym chodzi! Żeby skutecznie namawiać do dobrych książek i móc potem rozmawiać o nich wspólnie. :)

      Usuń
    3. Brawo My Kamil! :D
      A tak serio to Sanderson to niesamowity autor, który wypuszcza co chwilę kolejne swoje książki, które stoją na bardzo dobrym albo wysokim poziomie. Co jest niewątpliwie rzadkością :)

      Usuń
    4. Tak teraz spojrzałem na godzinę dodania komentarza przez Michała :O 5:28 :O

      Usuń
    5. Pff, ja czasem zostawiałem komentarze o 3 nad ranem, 4 nad ranem... :P

      Usuń
    6. "Żeby skutecznie namawiać do dobrych książek"

      Do dobrych czy do Sandersona?

      Usuń
    7. Do dobrych książek, którymi są książki Sandersona.

      Usuń
    8. To jakiś oksymoron. Jak "zdrowy fast-food".

      Usuń
    9. Musiałem wstać, żeby do pracy dojechać na czas :D.

      Usuń
    10. Grzegorz - Twoim zdaniem się to wyklucza, moim zdaniem nie. Tylko pytanie co Ty czytałeś od Sandersona, że twierdzisz, iż nie jest dobry?

      Usuń
  2. Wystarczająco dużo fragmentów, opisów i komentarzy aby wyrobić sobie zdanie, że to zwykła fantastyka, która spełnia swoją rolę, tj. chwilowo syci czytelniczy głód, ale skutkuje odkładaniem się tłuszczu w postaci niszczenia synaps. Że już będę kontynuował żywieniowe porównania.

    I właśnie dlatego pisarzy pokroju Sandersona nie nazwę nigdy dobrymi. To zwyczajni klepacze, którzy tworzą historyjki dla gawiedzi i nie roszczą sobie przy tym pretensji do bycia dobrymi pisarzami. Ale w dobie Internetu poklask zdobywają jeszcze gorsze twory literackie więc w sumie nie powinno mnie to dziwić. Smucić już tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie fragmentów, opisów i komentarzy to nie jest argumenter, który przyjmują do potwierdzenia, że literatura nie jest dobra. Jak nie masz pełnego obrazu twórczości danego autora czytając daną książkę od A do Z to wiesz niewiele. A już na pewno nie jesteś w stanie stwierdzić stanowczo, czy dana książka jest dobra, czy kiepska.

      Jakbyś chciał mnie oceniać jako człowieka to też być oceniał na podstawie czyichś opisów mojego charakteru albo komentarzy odnośnie mojej osoby, czy może jednak oceniłbyś mnie wtedy, kiedy sam byś mnie poznał? Odpowiedz sobie sam.

      Usuń
    2. Można ocenić w ten sposób wartość merytoryczną książki. Widząc styl i język od razu (uznajmy, że po dłuższym fragmencie) wyrabiasz sobie zdanie o warsztacie autora. To umiejętność, którą nabywa się wraz z czytaniem książek i która procentuje przy zapoznawaniu się z kolejnymi pozycjami. Nie trzeba czytać całego "Marsjanina" Weira, aby przekonać się, że to przygodowa popierdółka. Nie trzeba katować się całym "Sputnik Sweetheart" Murakamiego, aby stwierdzić, że to pseudofilozoficzny bełkot. Nie trzeba też skończyć (ale warto) "Imię róży" Eco, aby wiedzieć, że to książka wybitna. I wreszcie wystarczy tylko zacząć czytać "Ulissesa" Joyce'a, żeby poczuć, co to książka totalna.

      Do tego dochodzi umiejętność zapoznawania się z rzetelnymi recenzjami, które skupiają się na istotnych zaletach i wadach danych książek. Niestety wraz z rozwojem Internetu i upadkiem prasy następuje pauperyzacja literaturoznawstwa, a rzetelne recenzje ustępują miejsca streszczeniom okraszonym laurkowymi opiniami.

      Wydaje mi się też, że największym problemem z jakim mamy tu do czynienia jest pomieszanie pojęć "dobra literatura" i "dobrze czytająca się literatura". To, że jakaś książka jest wciągająca nie oznacza od razu, że jest też bardzo dobra. Gdyby tak było, to nagrody literackie (te nieliczne, które jeszcze mają jakiś większy sens) dostawałyby koszmarki autorstwa twórców pokroju Cobena, Murakamiego czy innej James.

      Drugi argument jest nietrafiony, gdyż jak zaznaczyłem wcześniej zapoznawałem się z prozą Sandersona. A nie trzeba znać na wyrywki całej jego bibliografii, aby móc się wypowiedzieć.

      Usuń
    3. Rozumiem. Wiesz, wydaje mi się, że powinieneś chyba znaleźć inne miejsce, w którym jest częściej mowa o rzeczach ambitniejszych, zgodnie z Twoimi oczekiwaniami, bo widzę, że u mnie nie znajdujesz nic dla siebie. ;)

      Usuń
  3. Ależ to właśnie idealne miejsce na dyskusję i wymianę zdań między osobami, które mają różne podejście do książek, gdyż mogą skonfrontować swoje stanowiska. Martinus też się tutaj produkuje w komentarzach, a podejście ma dalekie od Twojego.

    Walcz chłopie, walcz o swoje zdanie. Zasyp mnie argumentami. Nic tak nie pobudza człowieka jak dobra dyskusja.

    No chyba, że krytyczne opinie nie są mile widziane we wpisach reklamujących książki. Wtedy uśmiechnę się pod nosem i sobie zamilknę.

    OdpowiedzUsuń
  4. A dla mnie Sanderson nadal pozostaje przede wszystkim autorem "Archiwum Burzowego Światła" - uwielbiam je, ale jakoś nie mogę sięprzemóc, żeby sięgnąć po inne serie jego autorstwa. Mimo źe chwalisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie czytałaś nic poza "Archiwum" od Sandersona?

      Usuń
    2. Niet, tylko "Drogę królów" i "Słowa Światłości".

      Usuń
    3. No nie. To musisz koniecznie sprawdzić "Z mgły zrodzonego". Nie tylko ja chwalę. Na każdym blogu, gdzie zetknąłem się z recenzją tej książki, każdy pisał pozytywnie. Może po prostu musi ten Sanderson jeszcze chwilę na Ciebie poczekać. :)

      Usuń