czwartek, 14 czerwca 2018

INWAZJA PORYWACZY CIAŁ - Jack Finney [recenzja przedpremierowa]

Tytuł oryginału: Invasion of the Body Snatchers
Wydawnictwo: Vesper
Tłumaczenie: Henryk Makarewicz
Liczba stron: 219
Gatunek: Horror, science fiction
Data wydania: 04.07.2018
Moja ocena: 4/6

"Inwazja klonów"

Co byś zrobił, gdybyś pewnego dnia spotkał swoich znajomych i stwierdził, że to na pewno nie są oni? Wyglądają, ubierają się, mówią, zachowują dokładnie tak jak Ci, których znasz, ale mimo wszystko wiesz, że coś jest w nich innego, coś w środku, co czyni ich według Ciebie obcymi. Ponad sześćdziesiąt lat temu pewien amerykański pisarz musiał pomyśleć o tym samym i postanowił napisać powieść, w której najazd obcych nie będzie polegał na wykorzystywaniu maszyn i technologii do podboju ludzkości, a na stopniowym przejmowaniu ludzkich ciał, jednego po drugim, i to w tak skuteczny sposób, że tylko nieliczni zdołają się w tym zorientować w porę, a wszystkich pozostałych czeka zagłada. Wydawnictwo Vesper postanowiło po raz kolejny sprawić frajdę fanom klasyki i odświeżyć - w tym przypadku mocno już zakurzone i nieco zapomniane - dzieło Jacka Finneya, którego tytuł Inwazja porywaczy ciał zapewne wielu widzom coś mówi, bo powstało co najmniej kilka produkcji filmowych o takiej nazwie, ale zapewne niewielu wie, że nakręcono je na podstawie książki właśnie.

Akcja rozgrywa się w niewielkim miasteczku Mill Valley w roku 1976. Do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, wchodzi jego dawno niewidziana szkolna miłość, Becky Driscoll, która od początku przejawia podenerwowanie. Zwierza się, że od jakiegoś czasu niepokoi ją kuzynka Wilma, która twierdzi, że jej wujek Ira nie jest tym samym człowiekiem, którym był dotychczas. Wszystko jest w nim to samo, tylko w środku jakby był pustą skorupą bez uczuć i emocji. Po zwierzeniu i prośbie Becky Miles postanawia odwiedzić jej kuzynkę i przekonać się, w czym dokładnie tkwi problem. Na miejscu jednak nie jest w stanie niczego wywnioskować, bo nie dostrzega w wujku Irze ani zmian w wyglądzie, ani w zachowaniu. W kolejnych dniach jednak pojawia się coraz więcej podobnych przypadków i lekarz zaczyna się zastanawiać czy nie jest to spowodowane jakimiś zaburzeniami psychicznymi. Ale sytuacja nabiera innego obrotu, kiedy u jednego z mieszkańców odnaleziono tajemniczy kokon, który dziwnie się zmienia i przekształca na podobieństwo właściciela domu. Miles za wszelką cenę postanawia odkryć, co to za nieznana forma życia i czemu przemienia się w ludzi. Czyżby to był atak obcych istot polegający na kopiowaniu ludzi i usuwaniu ich poprzednich wersji, żeby w ten sposób pozbyć się całej ludzkości i przejąć Ziemię? A jeśli tak, to w jaki sposób temu zaradzić? 

Inwazja... to licząca sobie dwieście stron powieść łącząca dobrze ze sobą dobrane elementy horroru z science fiction, która została napisana przez Finneya i pierwotnie pojawiła się w 1954 w czasopiśmie Collier's. Dopiero w kolejnych latach wydana została w formie książki. Nie jest to powieść, ani wielce wybitna, ani  głęboka, prosta w swojej formie i nieco już trąci myszką, ale jednak spełnia najważniejsze warunki, jakie powinien spełniać dobry horror, czyli trzyma w napięciu i straszy, nadaje odpowiednio mrocznego klimatu, momentami mrozi krew w żyłach, ma ciekawą historię i lekko oraz przyjemnie się ją czyta. Ważny jest pomysł i jego odpowiednie przedstawienie, a ten tutaj, mimo że jest już nieco schematyczny i przestarzały, to jednak historia opowiedziana została dość zręcznie i interesująco na tyle, że dobrze się ją czyta. 

W klasyce literatury grozy najważniejszy i niepodobny do współczesnego jest zawsze ten klimat, którego nie potrafią utworzyć współcześni pisarze, co zawsze punktuje u mnie podczas oceny klasyków, bo nawet jeśli bohaterowie są płytcy, a pomysł schematyczny to te odpowiednie przedstawienie danej opowieści i jej klimat potrafią naprawdę wiele zdziałać, czego przykładem jest ta książka. Historia oddziałuje na czytelnika: wywołuje grozę, zmusza do zastanowienia czy sami bylibyśmy w stanie dostrzec takie zmiany wśród znajomych i jakbyśmy się zachowali, oraz sprawia, że nie jest obojętny względem  bohaterów, u których dostrzega poczucie bezsilności, panikę i niepokój i razem z nimi zastanawia się nad rozwiązaniem, którego zdaje się nie ma nigdzie. Całe wyjaśnienie problemu i jego rozwiązanie na końcu też jest udane i widać przemyślane, więc całość wypada naprawdę przyzwoicie.

Vesper sprawił niespodziankę niejednemu fanowi grozy wydając tę nieco już zapomnianą i dawno nie wznawianą minipowieść, którą do tej pory można było już tylko wyszukać w antykwariatach lub na aukcjach. Tym razem wydanie pozbawione jest posłowia i w nieco oszczędniejszej miękkiej oprawie, bez skrzydełek, ale za to z dwudziestoma bardzo klimatycznymi czarno-białymi ilustracjami Piotra Herli, które nadają mroku i odpowiednio podkreślają atmosferę. I w ten sposób otrzymaliśmy kolejną pozycję, którą warto mieć w swojej kolekcji książek grozy. 

Inwazja porywaczy ciał to lekki, ciekawy i dobry horror połączony z science fiction, który co prawda ma już swoje lata i świetność dawno za sobą, ale to wciąż powieść, która zapewnia pozytywne wrażenia, ma bardzo dobry mroczny i niepokojący klimat typowy dla klasyki grozy oraz zapewnia dobrą rozrywkę w sam raz na dwa, trzy krótkie wieczory. 

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper!


24 komentarze:

  1. Czuję że to mogłoby być coś w moim guście :D

    OdpowiedzUsuń
  2. O książce słyszałem nie raz i pewnie kiedyś ją wezmę w obroty. Bardzo klimatyczna okładka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. A wewnątrz równie klimatyczne fotografie.

      Usuń
  3. Odliczam dni do premiery. Wydawnictwo Vesper "Wojną Światów" zaskoczyło mnie jakością i starannością wykonania, dlatego jestem zdecydowany na zakup, chętnie oddam moje ciężko zarobione talary komuś, kto tak ładnie wydaje książki. "Inwazja...", jako horror sci-fi bardzo wpisuje się w moje gusta, ponieważ łączy w sobie dwa moje ulubione gatunki, na pewno przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda tylko, że bez posłowia, bo te zawsze jeszcze wzbogaca lekturę. No i twarda mogłaby być, jak inne wydania Vesperu. Ale znając ich to pewnie za rok, dwa wydają właśnie w ten sposób.

      Usuń
  4. Dla mnie to był strzał w dziesiątkę. W sensie, no dobra, nie dałam jej oceny 10/10, aż tak mnie nie zachwyciła, ale po roku pierwszego wydania trochę obawiałam się, że bardziej będzie mnie ta książka i wizja kosmitów śmieszyć i że nie będę umiała wziąć tego na serio. Tak się jednak nie stało, "Inwazja..." mnie wciągnęła i bardzo mi się podobała, przede wszystkim chyba za klimat. Z chęcią przeczytałabym coś podobnego. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie aż tak nie zachwyciła. Ale dobrze się czytało.

      Usuń
  5. Jak już pisałam tu i tam. Książkę czytałam i oglądałam również film z 56'.
    Chociaż książkę pamiętam, to jednak kusi mnie to wydanie Vespera. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Vesper zawsze kusi. Ale na Twoim miejscu to bym chyba poczekał kilka miesięcy na twardą, bo myślę, że się pojawi. A jak nie to sobie kupisz za rok czy dwa. No ale jak chcesz. :)

      Usuń
    2. Widziałam właśnie, że nie ma więc mi się nie pali. ;)

      Usuń
  6. BARDZO mi się podobało, dałabym spokojnie piąteczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie daję ocen na blogu :) A na LC mam zaległości jak stąd do Australii :(

      Usuń
    2. Oj, no to nie ważne, czy na piśmie, czy w głowie, ale dałaś. O to mi chodzi. :)

      Usuń
  7. Widziałam film z '78 i wystarczy mi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, przesyt wrażeń? :D

      Usuń
    2. No można tak powiedzieć :D Jakoś z wiekiem moja wrażliwość na takie rzeczy rośnie, zamiast maleć ;P

      Usuń
    3. Ja Ci powiem, że specjalnie mnie do filmu w trybie jak najszybszym nie ciągnie. :P Ale pewnie zobaczę, bo na ogół po książce film oglądam za jakiś czas. Tylko mi się już odechciało opinii na ten temat pisać, więc też mi się to trochę wydłuża teraz. :P

      Usuń
    4. Ktoś tu lenia dostał ;P Zawsze po książce, którą zekranizowano, oglądasz film? Wyjątków nie robisz? I zawsze ta kolejność - książka, a potem dopiero film?

      Usuń
    5. Początkowo byłem tak nastawiony, że książka - recka, film - recka. Ale trochę dużo tych ekranizacji, a czasu zdecydowanie mniej, więc zaniedbuje to. Może jeszcze mi się odmieni, ale póki co szkoda czasu i do tego nie chce mi się, po prostu. No powiedzmy w 90% przypadku. Rzadziej zdarza się książka, a potem książka. A jeszcze rzadziej, że tylko sam film.

      Usuń
    6. Słusznie. Nie ma co się zarzynać, czy robić coś na siłę. W końcu pisanie powinno sprawiać przyjemność. Poza tym nie samym blogiem człowiek żyje, prawda? :)

      Usuń
    7. Dokładnie. Dla mnie w pierwszej kolejności książki, blog, fejs potem.

      Usuń